Tak o początkach karetek N i inkubatorach pisała dr Makowska-Witkowska w ksiązce pt. "Wezwanie":
"Coraz częściej wzywają nas oddziały noworodkowe do pomocy i przewozu maleństw do oddziałów reanimacyjnych. Przewozi się je w inkubatorach. Są to szklane pudelka zaopatrzone w źródło ciepła i tlen. Z tym oststnim mamy wciąż kłopoty. Inkubatory fabrycznie nowe miały przy sobie przymocowaną małą butle tlenową, z której korzystało się poza karetką. Jeśli znosilismy dziecko z oddziału do karetki lub z karetki do oddziału, włączało sie tlen z małej butli, a w karetkce doprowadzaliśmy tlen do inkubatora z butli dużych. I był to względnie spokojny transport. Niestety, szczęście nasze trwało krótko. Z jakichś niewyjaśnionych przyczyn centralna tlenownia nie chce napełniać małych butli tlenem i od dłuższego czasu każdy przewóz noworodka to akrobatyczny taniec na linie. W szpitalu, skąd zabieramy dziecko, organizujemy jakieś przenośne butle, worki z tlenem, aby zabezpieczyc przeniesienie noworodka do karetki, gorzej, jeśli oddział też ich nie ma, wtedy pozostaje natlenienie inkubatora i rekordowy bieg pędem do karetki. To samo dzieje się w drodze na oddział reanimacyjny. Same inkubatory też nie są dobrze rozwiązane, wejscia do nich (otwory, przez które można wsadzić ręke do środka) znajdują się tylko po jednej stronie inkubatora, co w warunkach karetki ogromnie utrudnia dozór w czasie transportu. I tak, z powodu niedogodności technicznych przy malutkim szkrabie często ważącym tylko kilogram wszyscy czworo w czasie transportu mamy roboty po uszy."
0 komentarze:
Prześlij komentarz